Afterplay
Jeszcze nie jest za późno , Katarzyna Harłacz, Krytyczne Spojrzenie, 21.09.2026r.
Czasem trzeba przeżyć wiele lat, żeby po raz pierwszy naprawdę zobaczyć siebie i innego człowieka. W „Afterplay” Teatru Współczesnego w Warszawie Brian Friel wraca do bohaterów znanych z dramatów Czechowa i pozwala im spotkać się po latach niespełnienia i rozczarowań. Jest w tym spotkaniu zarazem czuły dialog z Czechowem i opowieść o samotności, która – mimo historycznego kostiumu – okazuje się zaskakująco bliska współczesnemu doświadczeniu.
„Afterplay” jest kontynuacją historii znanych z dwóch dramatów Antoniego Czechowa – „Wujaszka Wani” i „Trzech sióstr”. Friel dopowiada dalsze losy Soni, siostrzenicy Wujaszka Wani, oraz Andrieja, brata trzech sióstr. Nie jest to jednak tylko dalszy ciąg ich historii. Friel sięga po znanych z dramatów Czechowa bohaterów i ich świat, by spojrzeć na nich z innej perspektywy i wyobrazić sobie, jak mogły potoczyć się ich dalsze losy.
Czechow tworzył portrety swoich bohaterów naznaczone pesymizmem, marazmem i rozczarowaniem życiem. Pokazywał ludzi, którzy rezygnują z własnych marzeń i ambicji, zmagają się z wieloletnią, nieodwzajemnioną miłością i stopniowo tracą wiarę w sens swoich działań.
Pełna niuansów sztuka Briana Friela pozostaje bliska duchowi Czechowa, a zarazem pozbawiona jest charakterystycznego dla jego dramatów poczucia beznadziei. Friel zachowuje czechowowską melancholię, nadając jej jednak ton bardziej czuły, a momentami także bardzo dowcipny. Jego bohaterowie wciąż żyją w cieniu niespełnionych pragnień, lecz spoglądają na siebie z większym dystansem i świadomością własnego położenia. Ta świadomość pozwala im dojrzeć do innego spojrzenia na własne życie i na ludzi wokół siebie. Jakby życie dawało im jeszcze jedną szansę – i być może tym razem są już gotowi ją dostrzec?
Akcja „Afterplay” rozgrywa się w Moskwie w latach 20. XX wieku, wiele lat po wydarzeniach z „Wujaszka Wani” i „Trzech sióstr”. Sonia i Andriej są już ludźmi w średnim wieku i spotykają się przypadkiem w małej, podupadłej moskiewskiej kawiarni.
Cała sztuka przywołuje jednak XIX wiek – poprzez język, świat przedstawiony, kostiumy oraz sposób bycia i zachowania bohaterów. Jest bliska atmosferze dramatów Czechowa. Reżyser Bogdan Michalik oraz autorka scenografii i kostiumów Julia Skuratova konsekwentnie budują ten świat, sprawiając, że frielowska opowieść rozgrywa się jakby w rzeczywistości wyjętej z czechowowskiego dramatu.
Elegancka, prosta scenografia sztuki Teatru Współczesnego odtwarza przestrzeń dawnej, bardzo skromnej kawiarni z końca XIX lub początku XX wieku – tworzą ją zaledwie solidny drewniany stół przykryty tanim szydełkowym obrusem i krzesła. Scena tonie w ciemności, a mocniej wydobyty światłem zostaje jedynie stół, przy którym siedzą bohaterowie. W tle widać lekko podświetloną wysoką ladę kawiarni, a na niej kilka eleganckich retro artefaktów. Wyłaniają się z półmroku jak samotne, nostalgiczne punkty – jakby nawiązując do odległych wspomnień bohaterów, a może jedynie do iluzorycznych zdarzeń z przeszłości.
Atmosfera tego dawnego świata szybko udziela się widzowi. Od pierwszych chwil łatwo wejść w rzeczywistość, którą tworzą artyści.
Bohaterowie posługują się językiem dawnej epoki – pełnym uprzejmości, dystynkcji i powściągliwego dystansu. Andriej początkowo próbuje pokazać się z lepszej strony i kilka razy okłamuje Sonię. Tworzy wyidealizowany obraz siebie, ale po jakimś czasie, zdobywając się na szczerość, przyznaje się do tych zmyślonych historii. Z wolna okazuje się, że oboje noszą w sobie lęki i iluzje, których uporczywie się trzymają. Mimo to w każdym z nich pozostaje coś żywego – i to właśnie ta część sprawia, że zaczynają otwierać się na siebie.
Z tej powściągliwej, początkowo pełnej niejasności wymiany rodzi się urzekająca rozmowa dwojga dojrzałych ludzi, którym życie nie ułożyło się tak, jak sobie wymarzyli. Ich dialog pokazuje, w jakich światach żyją i jak ukształtowało ich życie, a przy tym pełen jest przenikliwych obserwacji i nieco absurdalnego humoru. Precyzyjnie oddaje też ich stan nieustannego czekania – oczekiwania, że kiedyś jakoś się ułoży, że lepsze życie samo do nich przyjdzie.
Choć podobnie patrzą na życie, są zupełnie różni względem temperamentu i sposobu bycia. Stanowcza Sonia (Monika Krzywkowska) zderza się z nieco nieokrzesanym, chwilami prostym w obyciu, ale ujmującym swoją troskliwością Andriejem (Mariusz Jakus). Monika Krzywkowska buduje postać elegancką i wyrazistą, podczas gdy Mariusz Jakus znakomicie łączy szorstką prostolinijność z łagodnością. Konfrontacja tych dwóch odmiennych temperamentów nadaje spotkaniu bohaterów lekkość i dynamikę.
Wszystko to zostaje wyrażone z dużą subtelnością. Siła inscenizacji Bogdana Michalika – który odpowiada także za opracowanie muzyczne i reżyserię światła – tkwi w prostocie zachowania bohaterów, naturalności ich gestów i stopniowo wyłaniającej się prawdzie. Światło, muzyka i oszczędność środków nie konkurują z aktorami ani tekstem, lecz pozwalają im wybrzmieć, wydobywając ukryte w tej opowieści znaczenia. Mimo powściągliwego tempa i pozornego braku akcji jest to sztuka, która nie nuży – przeciwnie, jej siła tkwi właśnie w głębi, cieple i uważności, z jaką przygląda się swoim bohaterom.
To klasyka, która wciąż żyje, bo nie jest muzealnym eksponatem ani martwym kanonem. Bo wciąż coś w niej pracuje.
Przedstawienie jest całkowicie zanurzone w świecie sprzed ponad wieku, nie robi żadnego współczesnego „mrugnięcia okiem”, a jednak przez tę historyczną odrębność dotyka emocji, które widz może rozpoznać także w sobie – mimo że dziś przeżywamy je inaczej, bo mają inny ciężar, inną formę i inny sposób istnienia. Z tej dawności delikatnie wyłaniają się pytania, które brzmią zaskakująco blisko: o samotność, rozczarowanie życiem. O czekanie na coś lepszego czy smutek niespełnienia.
Współczesność pozwala nam – a może nawet prowokuje nas – zagłuszać te nieprzyjemne emocje nadmiarem, ruchem, aktywnością, kolejnymi rzeczami do zrobienia. W tamtym świecie jest na nie więcej pustego miejsca. I dlatego, patrząc na ludzi z zupełnie innej epoki, można przez kontrast zobaczyć coś bardzo aktualnego.
W tej szczerości Andrieja, który przyznaje się, że okłamał Sonię, jest coś dziś niemal niespotykanego. Współcześnie, kiedy raz stworzymy jakiś obraz siebie, często bardziej zależy nam na podtrzymywaniu tej fasady niż na przyznaniu się do kłamstwa. Wolimy zamknąć się przed światem, byle tylko dobrze wyglądać na zewnątrz. Andriej robi coś odwrotnego – sam odsłania własne kłamstwa, jakby ostatecznie ważniejsze od tego, żeby dobrze wypaść, stało się dla niego to, żeby zostać naprawdę zobaczonym.
To niezwykle konsekwentna w swojej subtelności i wierności duchowi Czechowa sztuka Teatru Współczesnego. Nie szuka efektownych rozwiązań i nie próbuje uwodzić widza nadmiarem ani bodźcami. A jednocześnie jest niezwykle poruszająca w swojej dotkliwości – w opowieści o samotności, rozczarowaniu życiem i niespełnieniu, ale także o marzeniu o jeszcze jednej szansie.
